przejdź do treści głównej
Zanurz się w źródłach
Rabczańskie domy Zofii Rydet
Rabczańskie domy Zofii RydetBeata Chomątowska
Panorama Rabki

„Taka dziura – ta Rabka – na pozór – zapisze Maliński. – A przecież tętniła życiem. Nie na ulicach, nie w prasie, nie w radiu – bo tam było życie zakłamane, ale w domach". Te same wnętrza widzi Zofia Rydet, odwiedzając tuż po wojnie rabczańskich sąsiadów. Gdy kilka dekad później zacznie je dokumentować, niewiele się zmienią. Pewnie mijają się gdzieś w Rabce z Malińskim, może nawet się wtedy poznają.

„Co ja tu będę miał do roboty? […] Nuda prowincjonalnego uzdrowiska: ni to wieś, ni to miasteczko" [1] – pyta sam siebie w 1949 roku młody wikary, skierowany z krakowskiego seminarium na zastępstwo do parafii w Rabce.

Nazywa się Mieczysław Maliński. Wkrótce zmieni zdanie o miejscu, w którym przyjdzie mu spędzić ponad dziesięć lat. Ale najpierw musi zyskać zaufanie parafian i zorientować się w terenie. Z początku stale się gubi na ścieżkach biegnących między polami i ogrodami, wśród nazw znanych tylko miejscowym. Wstyd mu ciągle dopytywać o drogę, więc nim opanuje tajniki nieczytelnej dla mieszczucha rabczańskiej topografii, błądzi na wyczucie, za punkt orientacyjny obierając sobie wieżę neogotyckiego kościoła.

W wielu rabczańskich domach, które odwiedza Maliński, mówi się gwarą. Właściwie to nie domy, lecz chaty. Ich wnętrza są biedne, często złożone z jednej izby, gdzie zawsze między oknami stoi stół, a na nim wszystko, co najpotrzebniejsze, ułożone jakby w rodzaj martwej natury. W oknie – doniczki z kwiatami. Potrzebę piękna zaspokajają rozwieszone na ścianach wizerunki świętych, zdjęcia ślubne lub portretowe, czasem też wycinane z opakowań i gazet obrazki.

Są też mieszkania inteligencji – nauczycieli, lekarzy, aptekarzy, adwokatów, a także rodziny Kadenów, byłych właścicieli zdrojowiska – z resztkami przedwojennych mebli i zastawy stołowej, kilimami na ścianach. Nierzadko wszystko to stłoczone w suterenie własnej modernistycznej willi, dokąd wypchnięto właścicieli, gdy władza ludowa przejęła dom na sanatorium. Powstający dzięki wsparciu szwajcarskiej organizacji charytatywnej państwowy Zespół Uzdrowisk Dziecięcych w Rabce-Zdroju przeznaczono wyjściowo dla małych pacjentów z gruźlicą.

„Taka dziura – ta Rabka – na pozór – zapisze Maliński. – A przecież tętniła życiem. Nie na ulicach, nie w prasie, nie w radiu – bo tam było życie zakłamane, ale w domach"[2]. Te same wnętrza widzi Zofia Rydet, odwiedzając tuż po wojnie rabczańskich sąsiadów. Gdy kilka dekad później zacznie je dokumentować, niewiele się zmienią. Pewnie mijają się gdzieś w Rabce z Malińskim, może nawet się wtedy poznają. Specyfika uzdrowiska, miejsca tranzytowego. Oboje należą do licznej grupy „sławnych ludzi", którzy przez Rabkę przemknęli albo zakotwiczyli na dłużej. Maliński, przyjaciel Karola Wojtyły, zasłynie jako autor cotygodniowych, zwięzłych felietonów w „Tygodniku Powszechnym", niesztampowych kazań i książek, po które ustawiają się w kolejce tłumy czytelników. Zofia – jako artystka, wybitna fotografka i autorka kolaży.

Jeszcze na wykonywanych przez nią w latach 70. XX wieku zdjęciach widać, że Rabka wciąż nie może się zdecydować, czy bliżej jej do wsi, czy raczej miasteczka. Jak w kadrach pokazujących pola, z których w kilka minut można zbiec na ulicę w centrum, albo drewniane chałupy sąsiadujące z okazałymi willami. To, co wiejskie, przechodzi płynnie w miejskie i na odwrót.

***

Są miejsca, które od razu gościnnie otwierają się przed przybyszem. Rabka – cokolwiek by nie mówili urażeni w swej dumie Rabczanie, oczekujący, by o „Mieście Dzieci Świata" (tytuł nadany mu w latach 90. XX wieku) mówiło się w samych superlatywach – do nich nie należy. To raczej miasto-kamuflaż, miasto-zagadka. Fascynuje, ale i odpycha. Pilnie strzeże sekretów przed obcymi. Nazwy alternatywne i oficjalne, drogi oznaczone tabliczką i sekretne przejścia wśród pól i ogrodów, historie z przeszłości łączące całe rodziny we wspólnym milczeniu. To, co ciemne, zostało wyparte albo zalane lukrem oficjalnej opowieści o mieście, w którego herbie „słoneczko nam świeci, pięknie się uśmiecha, bo to miasto dzieci".

Miastem Rabka formalnie została późno, bo dopiero w 1953 roku, prawie sto lat po tym, jak zaczęli tu ściągać pierwsi, wtedy głównie dorośli kuracjusze. Położona zaledwie 70 km od Krakowa, zawsze była trudno dostępna. Podróż pociągiem wymagała aż trzykrotnej zmiany kierunku jazdy. Dopiero rok temu w Chabówce, pełniącej rolę głównej stacji kolejowej, zbudowano łącznicę, która umożliwia dotarcie do odległego o dwa kilometry przystanku Rabka-Zdrój bez przepinania lokomotyw. Jeszcze w międzywojniu podróżni woleli dojeżdżać furkami do centrum, zamiast czekać.

Tylko co w tym przypadku znaczy centrum? Przecięte na pół linią kolejową, ulokowane w dolinie Raby „ni to wieś, ni to miasteczko", składa się w istocie z trzech części. Pierwsza to Rabka Dolna lub Rabka-Wieś, dawne centrum handlowo-usługowe wsi, które rozwinęło się wokół nieistniejącego już dworu (dziś w tym miejscu znajduje się dziecięcy park rozrywki Rabkoland) i przyległego doń rynku, z którego zabudowy też zostało niewiele (mieszkali tam głównie Żydzi) oraz dwóch kościołów. W „Starym", jak mówi się, by odróżnić drewniany zabytek od sąsiedniego neogotyku, w ścianie oddzielającej nawę od kruchty, między belkami do dziś tkwią rzędy zębów ofiarowywanych jako wota świętej Apolonii. Gdy oczy przywykną do ciemności, można zauważyć, że wzdłuż ścian i słupów ciągnie się tajemniczy ciemny pas. To ślad po włosach miejscowych górali, smarowanych kiedyś masłem. Dalej rozpościera się Rabka Górna, inaczej Rabka-Zdrój, czyli właściwy kurort w formie urbanistycznej matrycy, jaką powielano we wszystkich dziewiętnastowiecznych uzdrowiskach: dom zdrojowy, łazienki, muszla koncertowa, park, kaplica, deptak, pensjonaty. Płynnie przechodząca w to, co najważniejsze, czyli rozłożone na okolicznych wzgórzach wsie, włączane stopniowo w administracyjne granice Rabki: Słone, Zaryte, Chabówka, Rdzawka, Zabornia. Ślady pierwszego, późnego osadnictwa w tym trudno dostępnym górskim rejonie, które zaczynało się na brzegach rzeki i ciągnęło po obu jej stronach ku górze, w miarę jak kolejne partie lasu ustępowały pod toporami. Złożone z ról i zagród, określanych nazwami pochodzącymi od przydomków lub nazwisk rodowych pierwszych mieszkańców – każde z nich ma do dziś dla rabczan określone znaczenie.

To pokawałkowanie, niezborność, widać też na rabczańskich fotografiach Rydet w Zbiorach Społecznych. Raczej nie mogłyby posłużyć za przewodnik komuś, kto dopiero próbuje się w Rabce odnaleźć. Niektóre są prześwietlone, jakby widmowe. Inne czytelne tylko dla odbiorcy, który zna Rabkę-Zdrój na wylot, potrafi rozpoznać tu każde drzewo i kamień. Są i takie, na których widać fragment czyjegoś pola, a nawet – w zbliżeniu – fragment leśnego zagajnika czy kępę roślin, z której rozpoznaniem miałby kłopot nawet właściciel ogrodu, w którym wyrosły. Inne zwodzą podpisami, często pomieszanymi, a także widokiem miejsc, które już zmieniły charakter.

Powojennych przybyszy – Rydet i Malińskiego – łączy kresowe pochodzenie. On pierwsze lata życia spędził we Lwowie, Zofia urodziła się i mieszkała w Stanisławowie. Niewykluczone, że podobieństwo tutejszych krajobrazów do tych, jakie oglądali w dzieciństwie, ułatwiło im w Rabce aklimatyzację. Położeniem i topografią Rabka przypominała Zofii Jaremcze, kurort nad rzeką Prut, w pobliżu rodzinnego miasta, gdzie Rydetowie przed wojną mieli duży dom letniskowy. Swój drugi dom znajdzie nad Rabą.

***

Rabka pojawia się w życiu Zofii najpierw pod koniec drugiej wojny światowej, raptem na kilka miesięcy. To prolog do późniejszego, wieloletniego związku z miejscem. Wiosną 1944 roku rodzina Rydetów ucieka w głąb Generalnej Guberni ze Stanisławowa, miasta jej urodzenia, które przechodzi z rąk do rąk: Rosjan, Niemców i Węgrów. Rydetowie są zamożni, ojciec Zofii został adwokatem, pracował jako sędzia wojskowy. Teraz boją się, że trafią w ręce ukraińskich nacjonalistów.

Wieś w Gorcach, w której się osiedlają, bo Rabka jest wtedy jeszcze wsią, w ostatnim roku wojny trudno nazwać bezpieczną przystanią. Przekonali się o tym niedawno Żydzi z całej Polski, którzy sądzili, że w tym górskim kurorcie, gdzie wielu spośród nich miało pensjonaty albo krewnych lub znajomych, przeczekają wojnę bez większych wstrząsów. Ciała zamordowanych przez hitlerowców leżą w masowym leśnym grobie na tyłach willi „Tereska" – dawnego gimnazjum dla dobrze urodzonych panien, które w powojennej odsłonie pojawi się też na zdjęciach Rydet.

Okupanci, którzy – bazując na infrastrukturze przedwojennego kurortu – uznali Rabkę za „uzdrowisko państwowe" i urządzili w niej Kinderlandsverschickung, jeden z obozów przeznaczonych dla niemieckich dzieci ewakuowanych z Rzeszy, gdzie narażone są na alianckie bombardowania, w pierwszej połowie 1944 roku nadal rządzą w Rabce. Ale po sąsiednich lasach krążą już oddziały radzieckie, aktywny jest też polski ruch oporu. Rejon podzieliły między siebie liczne oddziały partyzanckie wywodzące się głównie z 1. Pułku Strzelców Podhalańskich Armii Krajowej, z kompanią Jana Stachury „Adama" na czele, i współpracującą z nią między innymi grupą Józefa Kurasia „Ognia". Należy do nich wielu młodych mieszkańców Rabki i okolic. Organizują zasadzki albo wypady z bronią na Niemców. Część z nich po zakończeniu wojny nie złoży broni, walczy teraz z władzą ludową, atakując jej reprezentantów. Mają nad nimi przewagę w postaci świetnej znajomości terenu i licznych kryjówek. Mieszkańcy, chcąc nie chcąc, muszą ich zaopatrywać i udzielać schronienia. Niespokojnie będzie jeszcze przez kilka powojennych lat – echa tamtych czasów znajdą się też we wspomnieniach Malińskiego, którego tuż po przyjeździe do Rabki miejscowy lekarz wezwie z ostatnią posługą do dwóch śmiertelnie postrzelonych przez ludzi „Ognia" milicjantów.

Gdy война się skończy, Zofia i rodzice wyjadą na Górny Śląsk. W Rabce zostanie jej starszy brat, Tadeusz. Osiądzie na stałe, założy rodzinę.

***

Tadeusz Rydet to jedna z najważniejszych osób w życiu Zofii. Dzięki niemu połknęła fotograficznego bakcyla. Fotografia zajmowała go od piętnastego roku życia. Zmuszony do terminowania w ojcowskiej kancelarii jako aplikant, został w końcu kierownikiem Polskiego Biura Podróży Orbis, z którym mógł jeździć na wycieczki po Huculszczyźnie i robić zdjęcia mieszkańcom. Czasem zabierał ze sobą Zosię. Podczas okupacji w Stanisławowie ta wspólna pasja pozwoli im zarobić na życie sprzedażą własnoręcznie wykonanych widokówek.

W Rabce Tadeusz zatrudnia się w przedsiębiorstwie „Las" (zostanie jego dyrektorem). Przed przyjazdem do tej miejscowości sam działał w ruchu oporu. Jak odbiera teraz to, co dzieje się w okolicy tuż po wojnie? Po której staje stronie? Czy ma kontakty z „leśnymi", jak mówi się tu na partyzantów, czy trzyma się z dala od polityki? Nie wiadomo.

Pewne jest natomiast, że nadal fotografuje. Portretuje górali z Rabki i okolic, handlarzy z rabczańskiej „Targowicy", jak do dziś mówi się tam na targowisko w rejonie Rynku, wymierające rzemiosło lokalne, górskie krajobrazy – łąki i drzewa, które pod jego spojrzeniem układają się w geometryczne kompozycje. Jego zdjęcia są przemyślane, artystyczne, nawet te, które mają charakter bardziej reporterski, jak dokumentacja pokazu mody przed kawiarnią „Zdrojowa" w centrum Rabki.

Z Zofią, która przyjeżdża w odwiedziny, jeżdżą razem – jak dawniej po Huculszczyźnie, teraz po okolicznych miejscowościach, odwiedzając między innymi lokalne jarmarki. Rydet jest urzeczona Podhalem, po latach powie:

Inni ludzie… aniżeli w całej Polsce. Góral jest dumny z tego, że jest góralem. Oni tam mają bardzo charakterystyczne twarze, bardzo ładne twarze. Bo np. w Rzeszowskiem czy gdzie indziej bardzo dużo brzydkich twarzy, takich nic nie wyrażających. A tutaj nie, tutaj nawet jeżeli baba jest stara czy chłop jest stary, to ma jednak tak piękne rysy i tak piękną twarz, że zawsze podobają mi się. Więc początkiem było Podhale[3].

Górale Zagórzańscy, do których zaliczają się Rabczanie, to istna mieszanka, w której można by się też dopatrzeć pokrewieństwa z Hucułami: w ich żyłach płynie krew wołoska, polska i ruska. Sporo też innych punktów stycznych: góry, egzotyka, życie w oddaleniu od centrum, w tradycyjnym rytmie. I dzieci, które dla innego przybysza – księdza Malińskiego – były pierwszymi przewodnikami po Rabce. Dla Zofii też są ważne, myśli o nich w duchu korczakowskim, chce pokazywać je „z całą wielokształtnością przeżyć i reakcji, odrzucając stereotyp sielsko-anielskiego dzieciństwa". Właśnie zdjęciami dzieci zadebiutuje w 1961 roku na pierwszej wystawie w Gliwicach. Tytuł: Mały człowiek. W przyszłym „Mieście Dzieci Świata" modeli nie brakuje. Zwłaszcza takich, które doświadczają przeżyć trudnych nawet dla dorosłego człowieka: przewlekłej choroby, rozłąki z najbliższymi, często w wieku kilku lat, wielomiesięcznych pobytów w rabczańskich sanatoriach, gdzie personel nie zawsze wykazuje się dostateczną empatią.

Z zakopconego Śląska do Rabki zjeżdża mnóstwo dzieci w poszukiwaniu zdrowia, a nierzadko ostatniego ratunku. Z domu przy ulicy Polnej 34 Rydetowie mają dwa kroki do dwóch kompleksów leczniczych: sanatorium imienia Pstrowskiego, na które składał się cały Śląsk i Zagłębie Dąbrowskie, oraz Centrum Leczenia Chorób Płuc doktora Rudnika. Obszerne sanatoryjne zony były niedostępne dla osób z zewnątrz. Ale Tadeusz Rydet bywa tu często, odkąd znalazł sobie dodatkowe hobby: filatelistykę. Organizuje lokalne koło Polskiego Związku Filatelistów, przy jednej z głównych rabczańskich ulic, ówczesnej 1 Maja (obecnie Jana Pawła II), otwiera sklep Państwowego Przedsiębiorstwa Filatelistycznego „Ruch". Jest świetnie zaopatrzony, więc ściągają doń miłośnicy znaczków z całej Polski. Tadeusz wierzy, że filatelistyka ma też właściwości terapeutyczne, próbuje nią zainteresować małych pacjentów. Na zdjęciach Zofii widać maluchy z sanatoriów, może trzyletnie, prowadzone przez opiekunki. Wśród nich „dzieci z Pstrowskiego" w szytych specjalnie dla nich, identycznych ubrankach, po których natychmiast je rozpoznawano na rabczańskich ulicach. Obok nich – dzieci miejscowe, jak ten obcięty na pieczarkę maluch z Chabówki – trudno stwierdzić, czy chłopiec, czy dziewczynka – bawiący się w obejściu ze szczeniakiem owczarka podhalańskiego. Też traktowane od małego jak dorosłe, przynajmniej jeśli chodzi o wykorzystywanie do pomocy rodzicom w gospodarstwie.

***

Dom przy Polnej 34 to rabczański dom pierwszy Zofii Rydet, który odziedziczy po śmierci Tadeusza. Stąd zacznie wyruszać z aparatem po okolicy na liczne wędrówki, zapoczątkowując monumentalny cykl pt. Zapis socjologiczny, który stopniowo rozszerzy się z Podhala na inne województwa.

Bielone ściany. Parter i niewielkie poddasze pod spadzistym dachem, z boku wejście przez ganek. Osobliwość, jaką stanowi w tym klasycznym układzie balkon podparty na żelaznych słupkach, ulokowany na niskim parterze. Zwykły, drewniany płot z zaostrzonych u góry desek. Przed domem duży fiat. Dom stoi do dziś, zmieniło się niewiele: ściany obrosły dzikim winem, w ganku wprawiono nowe drzwi, ogrodzenie zastąpił żywopłot.

Na zdjęciu z lat 70. XX wieku widać we wnętrzu długie zasłony w kwiaty, orientalny dywan, okrągły stół, przykryty skórą z jakiegoś futrzanego zwierza (widać zwisający ogon). Przy oknie, które zdobią doniczki z asparagusem, ktoś ustawił lampkę z modnym, marszczonym abażurem. Na ławie stoi też hit nowej technologii – odbiornik telewizyjny. Inne ujęcie ukazuje też kwietnik-samoróbkę z kawałków drewna oraz wykonany tym samym sposobem komplet: stół i krzesła. Kudłacz wisi tym razem jako ozdoba na ścianie. Jest też kilim, najpewniej pochodzący z rodzinnych stron. Na stole stroik z choiny sygnalizuje, że fotografię wykonano w okresie świątecznym.

Pierwszy rabczański dom Zofii Rydet zawiera w sobie drugi: dom-miniaturkę. Ważny z przyczyn osobistych. Dom dla lalek jest pamiątką po sklepie z artykułami dla dzieci „Kameleon" prowadzonym w Bytomiu z Adamem Kurowskim, wojskowym, lotnikiem i również pasjonatem fotografii. Oprócz wspólnego przedsięwzięcia łączył ich najpewniej też romans, choć skryta Zofia nie dzieli się osobistą historią. Domek traktuje jak relikwię, wyjmuje rzadko, by pokazać nielicznym, do których ma zaufanie, jak Annie Kwiecień. Ta zapamięta, że

to była poniekąd taka materialna forma jej osobowości. Ten domek był takim symbolem, gdy ją obserwowałam, jak prezentowała nam ten domek, z jaką nabożnością, to nasunęła mi się myśl, że pewnie było to też związane z jakimiś przeżyciami, epizodem w jej życiu[4].

Trzeci to dom ostatni, na starym parafialnym cmentarzu, z widokiem na góry, po sąsiedzku z Parkiem Zdrojowym. Miejsce wybiera świadomie, najładniejsze, na końcu cmentarnej alejki. Najpierw trafią tu rodzice, potem Tadeusz, ona jako ostatnia. Są drzewa, które lubiła, i ptaki.

Czuje, że musi się spieszyć. Nie tylko ze względu na siebie.

Wszystko ginie – powtarzała – już nie ma tych chatek, już nie ma tego wszystkiego, co trudno sobie będzie wyobrazić niektórym. To będzie taka, jakby ja wiem… Polska Jagiellonów, czy coś takiego, taka dawna prawda. Już niedługo, bo to idzie w strasznym tempie, ogromnym tempie...[5]

***

Wśród zdjęć, które robiła do końca, oczarowując mieszkańców, by wpuścili ją do środka, są też takie, które otwierają zatrzaśnięte dawno drzwi w mojej własnej pamięci. Należą do nich fotografie przedstawiające niektóre rabczańskie domy czy też raczej – chałupy.

Stawiane bez planu, chaotycznie, jedna obok drugiej, na wąskich działkach. Charakterystyczne cechy to drewniana konstrukcja, często parterowa, w której część mieszkalna sąsiaduje z gospodarczą, połączonymi jednym głównym wejściem, i nieodłączny rozgardiasz. Dachy kryte czasem dachówką, czasem strzechą. Pod oknami piętrzą się prowizoryczne konstrukcje: jakieś kurniki kryte papą, klatki na króliki czy wreszcie dechy w stosach, zrzucone byle jak, jedna na drugą. Takie widoki napotykałam podczas wakacji w Rabce jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku. Patrząc na nie, czuję znów tamten zapach świeżo heblowanego drewna, odróżniający się od woni starych drewnianych ścian, pociągniętych jadowicie musztardową farbą, od której kręci w nosie. Chłód i wilgoć niosącą się od niepodpiwniczonej podłogi.

Niektóre z tych zdjęć, potraktowane jako dokumentacja, mogłyby służyć pomocą w ratowaniu zabytkowej architektury Rabki-Zdroju, która – choć uchowała się na dłużej niż przewidywała Rydet – ostatnio w zastraszającym tempie znika lub zmienia charakter. Ot, choćby ta z deptaku prowadzącego do parku w części zdrojowej, gdzie widać oryginalny kształt pawilonów handlowych stawianych tu w międzywojniu, gdy uzdrowisko biło rekordy frekwencji.

W jednym z tych zaokrąglonych po modernistycznemu budyneczków mieścił się po wojnie sklep ze słodyczami firmy Wawel. Teraz oklejają go szczelnie reklamy salonu fryzjerskiego, upodabniając do pospolitej budki. Albo – też pochodzący z lat 30. XX wieku budynek sanatoryjny z neonem „Kardiologia", gdzie sprzed wejścia w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła utrwalona przez Rydet mozaika. Kino „Śnieżka", czyli przedwojenny Cafe Club, jeszcze niezmodernizowane w barbarzyński sposób, który upodobnił się do postmodernistycznej architektury lat 90. Straszący od lat ruiną budynek dawnej restauracji „Pod Gwiazdą", gdzie za dnia można było dostać dania jarskie, lody i napoje chłodzące, zaś po zmroku zamieniał się w prawdziwą mordownię, obecnie szykowany do rekonstrukcji. Pytanie: w jakim stylu. Drewniane wille w tajemniczych ogrodach. Domeczek-portiernia prowadząca na teren Dziecięcego Centrum Chorób Płuc – na jednym zdjęciu anonimowy, na drugim z nazwą ośrodka. Już niestety nieistniejący, bo nowy właściciel tego terenu zdecydował: wyburzyć. Miasto nie ma pieniędzy, od lat w Rabce toczy się postępowanie o zwrot majątku dawnym właścicielom, prywatni inwestorzy witani są przez mieszkańców jak zbawienie – nieważne, że oryginalne budynki zastępują atrapami albo przerabiają je nie do poznania, za to na bogato.

Dlatego na sam koniec, spośród zdjęć dostępnych na stronie Zbiorów Społecznych, zostawiam sobie jedno, odstające charakterem od pozostałych. Przed lustrem stoi starsza, niska kobieta w letniej sukience, z aparatem. Za nią piętrowy, narożny domek, jakich wiele w tej części Małopolski. To autoportret wykonany przez Rydet na skrzyżowaniu dzisiejszych ulic Kasprowicza i Sądeckiej, gdzie latami drogowskaz kierował zmotoryzowanych w jedną stronę do Zdroju, w drugą – na Kraków i Zakopane.

Gdy stanie się w tym samym miejscu, jak rabczańscy licealiści, którzy dekadę temu ruszyli po miasteczku tropem miejsc z fotografii Rydet, widać, że zmieniło się tło. Zamiast skromnego domku straszy tam coś dwa razy wyższego, rozrośniętego na boki. Jedna z twarzy demona bylejakości, chciwości i „niedasizmu", które w różnych wcieleniach grasują dziś w najlepsze po Rabce-Zdroju – tylko czekać, aż pożrą ją całą.

Beata Chomątowska
Pisarka, dziennikarka. Autorka siedmiu książek, m.in. Stacja Muranów, Betonia, powieści Andreowia i reportażu historycznego o Rabce-Zdroju Miasto Dzieci Świata. Stała współpracowniczka „Tygodnika Powszechnego". Doktorantka w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UW.

Źródła zewnętrzne

1. Mieczysław Maliński, Ale miałem ciekawe życie, Kraków 2007
2. Mieczysław Maliński, Domy otwarte, https://www.malinski.pl/biblio/345/[dostęp: 01.06.2026]
3. 4. 5. Tomasz Ferenc, Karol Jóźwiak, Zapisy pamięci. Historie Zofii Rydet, Łódź 2020