Niewyraźny zapis, zamglona odbitka, przypadkowy element w kadrze, które znajdujemy w zbiorach archiwów społecznych, to unikatowe znaki istnienia miejsc i ludzi, których historia niekiedy na zawsze pozostanie tajemnicą. Pomiędzy tym, co zapisane w archiwum a teraźniejszością rozpościera się przestrzeń wyobraźni, dzięki której to, co było, pozostaje wiecznie żywe.
„Opisy życia i smutnej nędzy owych miasteczek można znaleźć tylko w literaturze pięknej. W naukowej - raczej o tym głucho. Zresztą tak się jakoś złożyło, że dzieje tych małych osad, sposób ich funkcjonowania i cały model małego regionu wiejskiego - dla którego te osady były ośrodkiem - wymknęły się nauce”, pisał w swojej gawędzie „Za ostatnim przystankiem” Przemysław Burchard, etnolog i podróżnik. Wspominał tak swój udział w wyprawach badawczych z profesorem Romanem Reinfussem, które odbywały się zaledwie kilka lat po zakończeniu II wojny światowej. Jaką miejscowość mógł mieć na myśli? „Kiedy poprawiano szosę przecinającą miasteczko, trzeba było nieco podwyższyć poziom ulicy. Dlatego domy przy niej wyglądają tak, jakby zapadły się pół metra w ziemię. Dawniej do sklepów wchodziło się wprost z ulicy, teraz trzeba zejść po kilku schodkach. Są to domy przeważnie drewniane, z sienią pośrodku, tak szeroką, by mógł przez nią przejechać wóz aż na podwórze”. Gdy ekipa badaczy przybyła do tej miejscowości – może prawdziwej, a może konglomeratu rozmaitych miasteczek wschodniej Polski, które wówczas opisywali – pekaesy przywoziły z miasta klientów żądnych „ciuchów”, czyli dobrej jakości i modnych ubrań z zagranicznych paczek z darami, o niebo lepszych niż ówczesna smutna i zgrzebna produkcja spółdzielcza. Burchard starał się jednak zwracać uwagę na ślady niedawnej jeszcze przeszłości, którą zniszczyła wojna i Zagłada. Przed 1939 rokiem odbywały się tu gwarne targi, na które przybywali ludzie z wszystkich okolicznych wiosek, a sklepy i warsztaty rzemieślnicze prowadzili tu mieszkańcy żydowscy. Typowe targowe miasteczko, i przez tę swoją typowość, zwyczajność pominięte. Na to zwracał uwagę Burchard: codzienny, pozornie banalny charakter takich miejsc nie był przedmiotem zainteresowania ani dla historyków, ani dla historyków sztuki, ani nawet dla wczesnych etnografów, zaabsorbowanych wówczas ludoznawczą tendencją do poszukiwania „rdzenia kultury narodowej” w wiejskim obyczaju.
Jednak gdy ta oczywistość znika – czy to w kataklizmie wojennym, czy drogą standardowej zmiany przyzwyczajeń i obyczajów – pozostałe ślady zacierają się błyskawicznie, gdy ktoś ich w porę nie zarejestruje, i tego, co „zawsze było takie samo”, jakby nie było nigdy i wcale.
„Zdani byliśmy na relacje chłopskich świadków i na własną wyobraźnię”, wspominał Burchard swoją pracę nad poszukiwaniami wzorów i motywów, które w chłopskich chatach pojawiły się za sprawą rzemiosła żydowskiego. Chwilę później dodawał, jak cennym źródłem okazały się przedwojenne fotografie, które udało się wydobyć z archiwów. Przypominają mi się, gdy trafiam na obszerne archiwum społeczne dotyczące Wojsławic. To dziś wieś – lecz wieś z niemałym rynkiem, nowym-starym ratuszem, z podcieniami, siedemnastowiecznym kościołem, cerkwią i synagogą, co nie dziwi, gdy weźmiemy pod uwagę, że do 1869 roku było to miasto. Archiwum wojsławickie związane jest z Janem Górakiem, późniejszym dyrektorem Muzeum Wsi Lubelskiej, ogromnie oddanym badaniu regionu. Tej miejscowości poświęcił swoją pracę doktorską, której promotorem był wspomniany prof. Roman Reinfuss. Może to Wojsławice miał na myśli Burchard w swej gawędzie? Pracy Jana Góraka towarzyszą szczegółowe rysunki poszczególnych domów drewnianych, zdjęcia współczesne i archiwalne. Stoją malownicze, choć chwiejące się już domy podcieniowe, kryte strzechą chaty, a pomiędzy nimi – nowoczesne gomułkowskie kostki, jest elektryczność, choć nie wszędzie jeszcze asfalt (praca pochodzi z roku 1966). Są i niezbyt wyraźne, lecz wystarczająco angażujące wyobraźnię kadry z przedwojennego targu; na plac zajeżdżają konne wozy, przy szpalerze podcieniowych domów stoją ławy, tu i ówdzie da się rozpoznać głowę w chustce, parę nóg, pogodny uśmiech dziewczyny. Odbitka, choć zamglona, każe wierzyć, że plac wypełnił się gwarem targowego dnia. Na pierwszym planie nieodmiennie plącze się kilkoro ciekawskich urwisów w czapkach maciejówkach.
Możliwe, że dzieci, które wpadły w kadr, to późniejsi rozmówcy archiwistów społecznych. Wojsławiczanie, z którymi przeprowadzano wywiady, urodzili się w pierwszych trzech dekadach XX wieku. Dzięki tym zapisom, gdy zajrzymy do archiwum historii mówionej, możemy wyobrazić sobie, jak mogłyby brzmieć rozmowy w tłumie: ludzie meandrują, robią skróty, pospiesznie skaczą z tematu do tematu. Po wodę z krynicy idą do dnia, a w lesie są debry (wąwozy, nisze). Tak opowiadali po latach mieszkańcy, których relacje zebrano. Niedzisiejsza to mowa.
Traktuję je jako, jakby powiedział Jacek Oledzki, „znaki istnienia”.
Wojsławice to miejscowość solidnie „opowiedziana”. Jeśli to właśnie tu trafił i Przemysław Burchard, to był to traf szczęśliwy. A może wymyślił sobie miasteczko modelowe, sklejone z kilku? Niestety, jak na ironię, nie uwzględnił zdjęć z targu ciuchowego, którego barwny opis zamieścił w swojej książce, i sama jestem zdana na wyobraźnię, gdy czytam o sprzedawczyniach chroniących się przed słońcem czapkami z gazety, stroju z „tergalowego tropiku”, zbyt jasnego nawet na niedzielę czy „pretensjonalnych paniach z prywatnej inicjatywy”.
Burchard sam popełnił błąd, przed którym przestrzegał; dobrze, że miał talent gawędziarski i targ w jego słowach ożył. Zanotował datę: 1951. Sprawdzam inne miasteczka i inne rynki; znajduję Cieszanów w województwie podkarpackim. Mamy szpaler małomiejskiej zabudowy, nieczytelny drogowskaz, lecz przede wszystkim przykłady powojennej mody. Panie z rowerami prezentują się elegancko, jedna wiąże chustkę na sposób włoski, podpatrzony w kinie, druga do schludnych półbutów dobrała jasne skarpetki. Ich znajomy nonszalancko przewiesił coś przez ramię, szal lub sweter.
Nie wiem, na jaką miejscowość się teraz zdecydować. Zaczynam od własnej – Mikołowa. Fotografii niestety brak, choć wiem, że lokalne archiwa istnieją i że da się prześledzić, kiedy przy naszym bardzo starym rynku parkowały autobusy i ile razy nazwę zmieniała odwieczna restauracja na rogu. Znajduję inne ciekawe zasoby, oto moje miasto reprezentowane jest przez obrazki prymicyjne – ale też „Mikołów” i „przemysł drukarski” długo były synonimami. Dowodzą długiego trwania gustów w popularnej ikonografii sakralnej, bo większość obrazków utrzymana jest w stylu słodkim i anielskim, niezmienionym pewnie od początku dwudziestego, a może i poprzedniego stulecia. Postanawiam zaszaleć i wpisuję „rynek”. Ryzyko opłaca się, oto bowiem rozpoczynam wyprawę do Wadowic. Sporo fotografii prezentuje się pamiątkowo, pokazowo i pewnie z taką intencją powstała, obiektyw bowiem kieruje się na charakterystyczną bryłę bazyliki. Ale każdy rynek pozwala na ujęcia z różnych perspektyw, i również i o to ktoś zadbał. Na zdjęciu z 1970 roku przed bazyliką widzimy zieleniec, a obok – dekorację z psychodelicznymi motywami (znów, gdyby nie czujność nieformalnej fotografii, nie pamiętalibyśmy, jak wzorzysta i wysycona kolorem bywała ówczesna Polska). Inny kadr z tej samej dekady każe kierować uwagę na pomnik armii radzieckiej, napis „we froncie jedność”, mknący autobus wycieczkowy: niezbyt papieski to kadr, choć widać obowiązkowy fragment bazyliki. 1980 – to znów pyszne znalezisko z punktu widzenia archiwalnej polszczyzny, bo kto mówi dziś „trykotaże”? A taki napis widnieje pod arcypeerelowskim neonem „Konfekcja Damska”. To jednak nic w porównaniu z kadrem z wadowickiego rynku z 1937 roku. Tu czeka nas prawdziwy sklep cynamonowy: reklama „Radion pierze wszystko” widnieje na górnej kondygnacji budynku zniszczonego kilka lat później w czasie wojny. A poniżej – „sprzedaż detaliczna wódek”! Zdjęcie uraduje również wszystkich koneserów nawierzchni utwardzonych ze względu na ciekawy chodnik i bruk.
Spędzam chwilę na rynkach różnych miast. Ciekawi mnie dziewczyna na motorze w Pogorzeli, i tajemnicze archiwum tej miejscowości, w którym pierwszoplanową rolę grają auta. To widocznie miejscowość wysoce zmotoryzowana. Uśmiechnięci młodzieńcy z Nowego Miasta Lubawskiego, którzy wyglądają, jakby strzelali sobie selfie. Zbiegowiska ludzkie. Kadry z Lubartowa czy Przecławia, które zrobił ktoś bez specjalnej wiedzy o komponowaniu kadru, przez co złapało się w nim wiele elementów zupełnie przypadkowych, jak gałąź czy czyjeś czoło. Jakby od urodzenia nowoczesna Góra. Podkolorowane niebo nad Radomyślem. Niewiarygodnie wprost symetryczny Kurzętnik. Wszystkie te fotograficzne archiwa łączy pewna przypadkowość, albo intencja i cel, którego nie sposób już dzisiaj dociec. Ale dzięki tej jakości otrzymujemy coś, nad czego brakiem ubolewał Przemysław Burchard: odrobinę specyfiki miasteczka. „Knajpa, kościół, widok z mostu”, jak w starej piosence Zauchy – ale która knajpa, jaki kościół i w którą stronę widok?



